Szpitalny oddział ratunkowy w Sanoku

Udostępnij na Facebooku

Z zamiarem napisania tego tekstu nosiłem się kilka dni, łudząc się, że może nie warto pisać o tym jak wygląda praca z osobami „pod wpływem” w Szpitalnych Oddziałach Ratunkowych.

 

sor

Moja wizyta na sanockim SOR spowodowana była urazem, jaki doznałem podczas prozaicznej czynności dnia codziennego. Ból nie do zniesienia w części barkowej kręgosłupa zmusił mnie do udania się do sanockiego szpitala.

Dla jasności sytuacji dodam, że była to niedziela, dzień niezwykły – bo właśnie w tym dniu, wolnym od pracy, Szpitalne Oddziały Ratunkowe jako jedne z niewielu placówek pełnią „ostry” dyżur.

W pierwszych krokach udałem się do okienka, aby zgodnie z procedurą „zameldować” swoją obecność. Pani w rejestracji, młoda kompetentna, z uśmiechem na ustach (może uśmiech był spowodowany tym, że klęczałem przed okienkiem nie mogąc się zgiąć) musiała zapytać lekarza czy mój uraz kwalifikuje się na SOR czy do poradni chirurgicznej, ambulatoryjnej.

Czekając na kwalifikację w pozycji defiladowej stojącej (inaczej się nie dało), kątem oka obserwowałem resztę oczekujących, którym los spłatał figla w tym dniu. Czekała Pani z rozciętym łukiem brwiowym, po upadku w trakcie zdobywania Tarnicy, kolega, który grając z dziećmi w „gałę” uszkodził kolano, wreszcie znajomi którzy przywieźli swoją mamę, gdyż ta straciła przytomność.

Było normalnie, w końcu z żoną, sami znajomi, miły personel, o ile przebywanie na SOR można uznać za normalne. „Miło” się skończyło wraz z wtargnięciem do szpitala grupki młodych ludzi, którzy szukali „Kolegi” ponoć przebywającego na oddziale. W pierwszej chwili dało się wyczuć od jegomości charakterystyczny zapach alkoholu. „Kolesie” bo tak ich od tej pory nazywam – zaczęli domagać się od Pani w rejestracji, informacji gdzie przebywa ich kolega – jak się potem okazało z toczonych rozmów – współuczestnik biesiadowania. Ostatecznie proces namierzania kolegi zakończył się drogą sms. Zachowanie „Kolesi” w poczekalni było delikatnie pisząc – nie na miejscu. Wulgaryzmy, czy też zwroty typu: „trza wywalić drzwi … on jest w środku”, trwały w nieskończoność, mimo uwag kierowanych ze strony obsługi szpitala.

Co chwilę ktoś przychodził i starał się uspokoić towarzystwo. Na niewiele się to zdało, dopiero chęć zajarania zmusiła „Kolesi” do opuszczenia poczekalni. W pomieszczeniu pozostał tylko zapach alkoholu i ogólne zniesmaczenie. Analizując tą sytuację jestem pod wrażeniem postawy Pani w rejestracji – spokój, opanowanie, przekazanie informacji, że żaden z „Kolesi” nie został upoważniony do otrzymania wiadomości o stanie zdrowia poszukiwanego kompana.
Nadszedł czas na mnie. Ponieważ miałem silne drętwienie rąk, lekarz zakwalifikował mnie na SOR – jak się okazało to dopiero tam poznałem smak pracy na tym oddziale. Na powitanie wyszedł mi poszukiwany „Kolega”, w którego oczach byłem na ową chwilę lekarzem. „Kolega” toczył chyba zacięty bój w obronie Kolesi – rozwalony łuk brwiowy, pokiereszowane plecy i dłoń.

Musiał wygrać tą batalię, gdyż czując jego oddech miałem wrażenie, że długo świętował. Każdy przechodzący obok musiał być zaczepiony oraz wręcz dopuszczony do przejścia przez okupowane terytorium, otrzymując przy tym solidną dawkę wyzwisk. Nie było poszanowania dla nikogo, lekarz, pielęgniarka, ratownicy, salowa, pacjenci wszyscy równo zostali obdarowani, a ile się przy tej okazji o sobie dowiedzieli… W pewnym momencie „Kolega” postanowił wyraźniej dać o sobie znać. Zrywał zakładane opatrunki i krwią znaczył ściany i szyby, po co? Nie wiem, ale sądząc po minie sprawiało mu to wielką przyjemność.

Z podziwem patrzyłem jak personel odprowadzał delikwenta do jego izolatki. Nic to nie pomagało, młody mężczyzna non stop się wyrywał, krzycząc przy tym różne epitety i wulgaryzmy. Na SOR w tym czasie przebywało kilka osób, przeważnie leżących, podpiętych do kroplówek w różnym wieku, młodzi i starsi musieli wiedzieć, że „Kolega” tu jest… Nadmienię tylko, że ów wyrywny „towarzysz w cierpieniu” oczekiwał na chirurga, który w tym czasie był zajęty na oddziale szpitalnym, przeprowadzał zabieg po wypadku.
Po szybkiej diagnozie mojego stanu zdrowia, stosownych badaniach i podaniu leku przeciwbólowego zostałem ze stosownymi zaleceniami wypuszczony do domu … co było dalej nie wiem, wtedy się nad tym nie zastanawiałem – byłem zadowolony z udzielonej pomocy i z tego, że opuściłem „Kolegę” w niedoli. Wychodząc, „Kolesi” nie widziałem, czyżby zrezygnowali z udzielenia pomocy koledze…
Dlaczego napisałem ten tekst? Przez ostatnie pół roku korzystałem z sanockiego SOR kilkukrotnie, zawsze, czy ja, czy osoby z którymi byłem, otrzymywały stosowną pomoc – za co dziękuję. Wizyty miały jeden wspólny mianownik – obecność osób w stanie upojenia alkoholowego. Bezradny personel medyczny, który takich gości traktuje godnie, mimo ich zachowania. Jasne jest, że nie każdy pod wpływem alkoholu na SOR jest agresywny, i nie zawsze trafiają tu ludzie znani w naszym mieście jako „arkadiusze”.

Zadaje sobie następne pytanie – dlaczego ja, jako płatnik podatków „wszelakich” muszę tolerować takie zachowanie w miejscach publicznych? Z reguły to z moich pieniędzy jako podatnika są opłacane takie wizyty. Dlaczego w całym powiecie, całych Bieszczadach nie ma izby wytrzeźwień? Nie znam dokładnie procedur utworzenia takiego miejsca ale to właśnie na izbie, mogła by się odbywać pierwsza selekcja, zwłaszcza tych agresywnych osób.

Dzisiaj jest tak, że SOR jest miejscem gdzie owi pacjenci trafiają niejako w nagrodę – badania bez kolejek zostaną zrobione, posiłek dostaną jak trzeba – taka procedura. Dochodzi do absurdalnych sytuacji – kogo leczyć najpierw? Komu najpierw udzielić pomocy? Według przepisów każdy jest równo traktowany – ale czy tak to powinno wyglądać?
Osoby upojone alkoholem są zmorą nie tylko sanockiego SOR. Nie mówię, że nie należy im pomagać, bo przecież i nam coś złego zdarzyć się może w tym stanie – dla przykładu: na weselu siostry – ale wszystko w granicach rozsądku. Problem izb to brak środków na ich utrzymanie, przecież zamożni tam nie trafiają. Biorąc pod uwagę, że w całych Bieszczadach nie ma takiego „hotelu”, może warto doprowadzić do sytuacji, w której samorządy gminne i powiaty się dogadały i stworzyły takie miejsce. Osoba tam trafiająca powinna pobyt swój odpracować społecznie.

Na koniec współczuję personelowi SOR a jednocześnie dziękuję za pomoc i podziwiam opanowanie.
Niech sentencja wypowiedziana przez jednego z „arkadiuszy” będzie podsumowaniem … a co mi zrobią, gdzie mnie wywiozą – na wytrzeźwiałkę… do Krosna? Rzeszowa? … nieopłacalne… do domu? …. I tak tu wrócę…. tylko na czworakach!

Damian Biskup

Udostępnij na Facebooku

Napisz komentarz:

*