REKLAMA
REKLAMA

KONTROWERSJE : Rząd uderza w rodziny

Odbieranie ulg na dzieci to sygnał, że rząd nie dba o rodziny. To przecież uderzenie w młodych ludzi, którzy decydują się na pierwsze dziecko. Wiąże się to z założeniem rodziny, zdobyciem mieszkania, wymaga wielu wyrzeczeń.

I w takim momencie rząd mówi im, że zmniejszy ulgę. To decyzja kuriozalna – mówi wiceprezes PiS-u Beata Szydło w rozmowie z Arturem Dmochowskim („Codzienna”).

Skończyło się Euro 2012. Pozostały po nim niedokończone inwestycje, potężnie zadłużone największe miasta i stadiony, których utrzymanie będzie kosztowało dziesiątki milionów złotych. Jaki rozwój sytuacji gospodarczej w kraju przewiduje Pani w najbliższym czasie?

Czas igrzysk rzeczywiście się skończył. Prezes NBP Marek Belka już oficjalnie zapowiada spowolnienie. Zapewne wzrośnie bezrobocie. Problem będą miały miasta i to nie tylko te, które organizowały Euro. Na przygotowanie mistrzostw skierowano ogromne środki, których nie otrzymały wskutek tego inne samorządy. Małe gminy, licząc na efekt Euro, podejmowały często inwestycje – centra pobytowe, boiska – a teraz zostały z olbrzymim zadłużeniem.

Wiele mówi się o zamiarach łatania dziury budżetowej samorządów poprzez obłożenie nieruchomości podatkiem katastralnym czy podobnym wprowadzonym pod inną nazwą. Rząd jednak temu oficjalnie zaprzecza. Czy sądzi Pani, że taki podatek faktycznie nas obciąży?

Rząd, w czasie gdy uwaga wszystkich skierowana była na Euro 2012, po cichu pracował nad tym rozwiązaniem. Taki podatek zniszczyłby wielu Polaków. Dlatego głośno zaprotestowaliśmy i przyniosło to na razie skutek. Obawiam się jednak, że PO z pomysłu nie zrezygnuje. Przecież długi, których narobiła, trzeba spłacić. Spróbuje więc jeszcze raz sięgnąć po nasze pieniądze. Może wprowadzić taki podatek, usprawiedliwiając to postulatami zadłużonych samorządowców. Potem premier wyjdzie i z troską zakomunikuje, że nie on to sprawił, ale samorządy. Zapewniam jednak, że będziemy mu patrzyli na ręce.

Inną negatywną spuścizną po Euro są upadłości firm budowlanych. Powstała kuriozalna sytuacja. Zawsze, gdy zleceniodawcą było państwo, interes uznawano za pewny. Tymczasem obecnie większość firm zaangażowanych w realizację inwestycji jest zagrożona. Co najgorsze, nieprawidłowości dotyczą właściwie wszystkich inwestycji, zarówno stadionów, jak i autostrad czy kolei.

Kolejny problem to rosnące bezrobocie. Wśród młodzieży ogranicza je na razie emigracja zarobkowa, ale nie jest to przecież sytuacja normalna ani korzystna. Jakie widzi Pani recepty na jego zmniejszenie?

Mamy lato. Ze względu na prace sezonowe bezrobocie powinno zmaleć. Tym bardziej że na rynku nie pojawili się jeszcze pracy tegoroczni absolwenci. Nie zmalało. Utrzymuje się wciąż na wysokim poziomie. Szczególnie wśród osób młodszych. Ci, którzy nie znajdą pracy w kraju, zaczną szukać ofert za granicą.

PiS przedstawiło w tej sprawie Narodowy Program Zatrudnienia. Opiera się on na ulgach dla przedsiębiorców, którzy będą tworzyli miejsca pracy, szczególnie na terenach, na których panuje wysokie bezrobocie, i będą zatrudniali absolwentów. Chcielibyśmy stworzyć dokładnie taki sam system, jak ten, który dobrze funkcjonuje w wielu krajach Europy. I tam właśnie Polacy wyjeżdżają w poszukiwaniu pracy.

Rośnie również strefa ubóstwa. W ciągu ostatniego roku prąd podrożał o niemal 6 proc., gaz aż o 15 proc. Jakie metody walki z biedą przewiduje program PiS-u?

Narodowy Program Zatrudnienia ma przeciwdziałać temu zjawisku, gdyż problem ubóstwa wiąże się ściśle z bezrobociem. PO w ramach swojej polityki metropolitalnej chce wspierać wyłącznie duże miasta. Nie zgadzamy się z takim podejściem. Proszę zwrócić uwagę, że gdy spojrzymy jedynie na większe ośrodki miejskie, to sytuacja z pozoru nie wygląda najgorzej. Jednak gdy popatrzymy na całą mapę Polski, to widać, że narasta rozwarstwienie. Dlatego uważamy, że stawiając na rozwój miast, trzeba pomagać także samorządom mniejszym i słabszym.

Licznik długu publicznego bije coraz szybciej. Według Bloomberga sam dług zagraniczny wynosi 70 proc. PKB. Jednocześnie rząd chwali się znacznie niższą stopą oprocentowania obligacji niż Hiszpania czy Włochy. Jak to można wyjaśnić? Czy faktycznie jesteśmy bezpieczni i kryzys nam nie grozi?

Zobaczymy, jakie będą wyceny obligacji. Sądzę, że już nie tak optymistyczne. Rząd zajmuje się głównie statystyką. Cała energia ministra Rostowskiego ukierunkowana jest na to, żeby zgadzały się słupki i by nie przekroczyć progu ostrożnościowego.

Oczywiście dług rośnie i co gorsza, jego znaczna część to dług zagraniczny, jesteśmy więc silnie uzależnieni od sytuacji w strefie euro i od wahań kursowych. Minister Rostowski inaczej liczy dług na potrzeby krajowe, a inaczej ten, który wysyła do Brukseli – zadłużenie liczone metodą unijną jest wyższe. Jeżeli dodamy do tego ryzyko spowolnienia gospodarczego i spadku wpływów budżetowych, to mamy mieszankę wybuchową. Poza tym rząd chwali się niskim oprocentowaniem obligacji w porównaniu do zakażonych kryzysem Włoch czy Hiszpanii. Brakuje jeszcze, aby chwalił się, że jesteśmy wiarygodniejsi od Grecji. Tak naprawdę powinniśmy się martwić, że po Węgrzech jesteśmy najbardziej zadłużonym krajem Europy Środkowo-Wschodniej, a Czechy czy Słowenia pożyczają znacznie taniej niż Polska.

Ponadto z końcem tego roku rozpoczną się rozliczenia w związku z ukończeniem inwestycji w ramach bieżącej unijnej perspektywy budżetowej. Większość samorządów wejdzie tym samym w okres, gdy będzie trzeba spłacać kredyty zaciągane na realizację zadań, a nie otrzyma jeszcze unijnych wypłat. A przecież Unia na gwałt szuka także pieniędzy. Może się okazać, że wiele inwestycji będzie przez Brukselę kwestionowanych i zwrotów po prostu nie będzie.

O dramatycznej sytuacji budżetu może świadczyć likwidacja i ograniczenie ulg podatkowych, choć rząd twierdzi, że niewiele na tym zyska. To jednak wydaje się podejrzane: przeprowadzać tak kosztowną politycznie operację, aby uzyskać mikroskopijne oszczędności?

Kiedy po raz pierwszy Rostowski ogłosił ten zamiar, powiedział, że będzie to neutralne dla budżetu. Spytałam wtedy, po co w takim razie w ogóle to robić? Szczególnie w obecnej sytuacji demograficznej, gdy jakiekolwiek majstrowanie przy ulgach i odbieranie ulg na dzieci to sygnał, że rząd nie dba o rodziny. To przecież uderzenie w młodych ludzi, którzy decydują się na pierwsze dziecko. Wiąże się to z założeniem rodziny, zdobyciem mieszkania, wymaga wielu wyrzeczeń. I w takim momencie rząd mówi im, że zmniejszy ulgę. To decyzja kuriozalna. My chcielibyśmy zwiększenia ulg i to wzrastającego progresywnie na każde kolejne dziecko.

Sądzę, że w rzeczywistości rząd chce zyskać więcej, niż deklaruje. Podobnie było przy podwyższaniu VAT-u, mieliśmy tego w ogóle nie odczuć. Dziś po wzroście cen widać, jakie są skutki. Na wsparcie rodzin powinniśmy rzucić wszystkie środki, bo to obecnie dla Polski najważniejsza inwestycja. Tymczasem Rostowski zachowuje się jak księgowy, który kiedy brakuje mu w kasie, ścina wydatki. Tyle że obecnie tnie wydatki inwestycyjne i rozwojowe, co będzie miało konsekwencje w przyszłości. My chcemy rozwiązać problem inaczej: zmniejszyć biurokrację, zwiększyć natomiast środki dla przedsiębiorców, dla rodzin, na inwestycje i na zatrudnienie.

www.niezalezna.pl

08-07-2012

Udostępnij ten artykuł znajomym:

Udostępnij

Napisz komentarz przez Facebook

lub zaloguj się aby dodać komentarz


Pokaż więcej komentarzy (0)