REKLAMA
REKLAMA

TREPCZA: Antonina Bąk. Sprawiedliwa wśród narodów świata (ZDJĘCIA)

TREPCZA / PODKARPACIE.  Na cmentarzu parafialnym tuż przy drodze prowadzącej do Sanoka znajduje się grób zmarłej przed blisko 27 laty Antoniny Bąk. Ostatnio organizowane tu spotkanie w ramach XI Dnia Pamięci o Ofiarach Holokaustu na Podkarpaciu oraz obchodzony wkrótce po raz drugi Dzień Pamięci o Polakach ratujących Żydów (24 III) stają się kolejną okazją do wspomnienia osoby, która podczas II wojny światowej wykazała się niezwykłym hartem ducha i odwagą. Naszym zadaniem jest ocalić od zapomnienia Tych, którzy godni są naszej szczególnej pamięci i zadają kłam powtarzanym opiniom o bierności Polaków w kwestii niesienia pomocy Żydom.


Antonina Bąk przyszła na świat 31 marca 1909 roku w Przysietnicy koło Brzozowa, jako córka Szymona i Anny. Jej dzieciństwo i młodość wypadły na trudne lata I wojny i czas odbudowy Polski po latach ponad stuletniej niewoli. Jako młoda dziewczyna podjęła się pracy służebnej w dworze w Jurowcach. W tamtych czasach, gdy na naszych terenach powszechnie brakowało pracy uzyskanie zatrudnienia w dworze było pewną nobilitacją. Wymagało dobrej opinii i posiadania wielu umiejętności, koniecznych zarówno do wykonywania prac gospodarskich, jak i porządkowo-kuchennych przy obsłudze mieszkańców dworu.

Antonina wzięła na swoje barki również trud samotnego wychowania córek Bronisławy i Marii, stąd od dzieciństwa uczyła je różnych potrzebnych prac. Dzięki temu jako osoby dorosłe nie miały problemu z zatrudnieniem w innych dworach /Falejówka/, bądź u bogatych gospodarzy /Srogów Górny/. Dziewczyny z taką rekomendacją – mające opinię nie tylko urodziwych, ale i pracowitych szybko wychodziły za mąż. Po osiągnięciu dorosłości córki Antoniny Bąk założyły rodziny w Trepczy, osiedlając się w sąsiedzkiej bliskości: Bronisława, jako żona Teodora Wołowicza i Maria, jako żona Jana Radwańskiego. Antonina zamieszkiwała początkowo u starszej Bronisławy (+2015) pomagając w gospodarstwie i wychowaniu dzieci oraz wnuków. Ostatnie lata życia spędziła przy rodzinie młodszej córki Marii Radwańskiej (dotąd żyjącej, liczy obecnie 91 rok życia). Antonina Bąk zmarła 27 kwietnia 1992 roku w 83 roku swego życia i spoczęła na trepczańskim cmentarzu.

Wybuch II wojny światowej zastał Antoninę Bąk pracującą w służbie dworu w Jurowcach. Na owe czasy była to dosyć pokaźna posiadłość wymagająca do obsługi części mieszkalnej, jak i gospodarczej wielu ludzi. Obok jego właścicieli, licznej służby w dworze tym zamieszkali również Niemcy. Chętnie wyznaczali na swoje mieszkania lokale o wyższym komforcie; nikt nie mógł „odmówić im gościnności”, prawo wojenne w tym względzie było niezwykle surowe. Antonina musiała sobie zdawać sprawę, że bez zgody właścicieli przyjmując „pod swoją opiekę” 3 osoby ryzykuje życiem nie tylko swoim, ale również dorastających przy niej córek i innych ludzi. Wszystko musiała zachować w głębokiej tajemnicy. Podobno podczas odwiedzin matki w Przysietnicy przyznała się do tego faktu; spotkała się z dezaprobatą i przestrogą, że zbyt wiele ma do stracenia. Było jej zapewne bardzo trudno przetrwać osamotnionej i przerażonej, z nieustannie kłębiącymi myślami, czy niemieckie owczarki nie wyczują kryjówki w dworskim gumnie.

 

Antonina z wnuczką Ireną i prawnuczkami /lato 1982/

 

Ziemianka wykopana na głębokość blisko 2 metrów, przykryta deskami i słomą w każdej chwili mogła być zdekonspirowana. Nikt do końca nie wiedział, ilu ludzi wie o przechowywanych tu Żydach. Nie było pewności, czy ktoś mocno przyciśnięty na przesłuchaniu nie załamie się i nie powie o wszystkim Niemcom. Dochodzące wiadomości o szybko postępującym froncie wschodnim napełniały serca nadzieją, że już blisko upragniony dzień wolności. Niemcy już tę wojnę przegrali, wszystko było kwestią czasu. Latem 1944 Niemcy przyśpieszyli przygotowania do wycofywania się na zachód. W sierpniu pojawili się na tych terenach żołnierze Armii Czerwonej. Front zatrzymał się tu na kilka miesięcy w związku z tzw. operacją dukielsko-preszowską. Przetrzymywana w jurowieckim dworze trójka Żydów mogła wreszcie cieszyć się upragnioną wolnością i opuścić swoją kryjówkę.

Antonina Bąk po zakończeniu służby we dworze jako babcia opiekowała się swoimi licznymi wnukami z rodzin Wołowiczów i Radwańskich, ucząc je od najmłodszych lat pracowitości i pobożności, ale przede wszystkim szacunku dla każdego człowieka. Jeden z uratowanych wtedy Żydów o nazwisku Imler, dawny kupiec z Ustrzyk przez wiele lat utrzymywał kontakt ze swoją wybawczynią. Po zakończeniu wojny osiadł najpierw na krakowskim Kazimierzu, a później wyjechał do USA, gdzie ożenił się z Żydówką o imieniu Golda. W zachowanych listach przewija się motyw jego wielkiej wdzięczności za uratowane życie. Należy wspomnieć, że zanim potajemnie uciekł z getta w Zasławiu wpierw w 1942 roku był przez Niemców skierowany do obozu pracy katorżniczej w Trepczy. Tam w nieludzkich warunkach pracował do późnej jesieni przy pozyskiwaniu kamienia. Jego zeznania złożone po wojnie są cennym świadectwem, przechowywanym w Żydowskim Instytucie Historycznym w Warszawie. W listach z USA wdzięczny za ratunek starał się przemycić choćby symbolicznego dolara na łakocie dla wnucząt Antoniny, tłumacząc się jednocześnie, że nie stać go na więcej, bo należy niestety do tych biedniejszych Żydów. Korespondencja opatrzona zagranicznymi znaczkami witana tu była zawsze jako wyraz jego pamięci i wdzięczności. Antonina do końca swych dni prowadziła życie skromne, wypełnione modlitwą i pracą, dopóki starczało jej sił i zdrowia. O tym, że pomagała Żydom wszyscy tu wiedzieli, ona sama niezbyt chętnie wracała do tych wydarzeń, kwitując wszelkie dyskusje słowami, że każdy na jej miejscu zrobiłby podobnie. Często powtarzała: „Jak można było odmówić ludziom, którzy głodni, zmarznięci, przestraszeni pukali do drzwi w środku nocy… ”

Pani Irena ze swoimi wnukami – praprawnukami Antoniny – dumnie prezentują medal i dyplom Instytutu Pamięci Yad Vashem

W kilka miesięcy po jej śmierci, 20 lipca 1992 roku córki Bronisława i Maria w imieniu swej nieżyjącej mamy odbierały na Zamku w Łańcucie pamiątkowy medal i dyplom, wydany przez Instytut Pamięci Yad Vashem w Jerozolimie. Obecnie te cenne pamiątki po mamie przechowuje w swoim domu wnuczka Irena Wołowicz-Lisowska i w razie potrzeby chętnie udostępnia osobom zainteresowanym. Wraz z córką Katarzyną, prezentowała je podczas ubiegłorocznego spotkania w ramach X Dnia Pamięci o Ofiarach Holokaustu w Trepczy oraz tegorocznego w Bieszczadzkim Domu Kultury w Lesku. W najbliższym czasie staną się ozdobą okolicznościowej wystawy planowanej w miejscowej szkole podstawowej.

 

 

/pr/

materiały nadesłane

14-02-2019

Udostępnij ten artykuł znajomym:



Dodaj komentarz

Zaloguj się a:

  • Twój komentarz zostanie wyróżniony,
  • otrzymasz punkty, które będziesz mógł wymienić na nagrody,
  • czytelnicy będa mogli oceniać Twoją wypowiedź (łapki),
lub dodaj zwykły komentarz, który zostanie wyświetlany na końcu strony, bez możliwosci głosowania oraz pisania odpowiedzi.
Dodając komentarz akceptujesz postanowienia regulaminu.

| Zaloguj się
Pokaż więcej komentarzy (0)