LESKO24.PL: Rodzice za stan dziecka winią lekarzy z Leska

Lesko24.pl / PODKARPACIE. Wojtuś ma 8 miesięcy, waży 5 kg,  nie rusza rączkami, ani nóżkami, nie słyszy, nie ma z nim kontaktu wzrokowego, nie zamyka oczek  i nie przełyka. Rodzice muszą  karmić go przez sondę i odsysać ślinę. Prokuratura Rejonowa w Sanoku bada, czy lekarze ze szpitala w Lesku nie popełnili błędu w sztuce lekarskiej,  doprowadzając dziecko do tak ciężkiego stanu.

Dorota Mękarska

Chłopczyk urodził się 14 kwietnia br. w leskim szpitalu. Noworodek, urodzony siłami natury, po  przyjściu na świat dostał 10 punktów w skali Apgar. Nic niepokojącego się nie działo, dlatego  w trzeciej dobie życia matka z dzieckiem wrócili do domu w Hoczwi w powiecie leskim. 
– Wojtuś urodził się w sobotę, w poniedziałek wyszliśmy ze szpitala, a w czwartek  okazało się, że zaczął wymiotować. Myślałam, że to jest ulewanie, które często zdarza się dzieciom po karmieniu
- Marzena Giefert, mama Wojtusia, relacjonuje przebieg wydarzeń.

Wojtuś trafia do szpitala
W piątek i sobotę wymioty wystąpiły ponownie. Zaniepokojona matka zadzwoniła do pielęgniarki środowiskowej, która poradziła, by skontaktować się z lekarzem rodzinnym.  Jednakże z powodu panującej wśród dzieci ospy noworodek nie został przyjęta w przychodni zdrowia.  Lekarz rodzinny skierował dziecko  do Szpitalnego Oddziału Ratunkowego w Lesku.
– Na ratunkowym, bez konsultacji z lekarzem,  od razu skierowano nas na oddział szpitalny. Przestraszyliśmy się, bo  tam są leczone dzieci z zapaleniem płuc, oskrzeli, itd., dlatego zaczęliśmy protestować, ale  poinformowano nas, że w razie czego weźmiemy odpowiedzialność za to, że nie zgodziliśmy się na hospitalizację
- podkreśla mama Wojtusia.

W szpitalu wykonano chłopcu podstawowe badania i pozostawiono na obserwacji. Wymioty nadal występowały.
- Lekarka stwierdziła, że to refluks żołądkowy i  w środę wyjdziemy do domu - dodaje pani Marzena.

To sepsa!
Tak się jednak nie stało. We wtorek Wojtuś dostał wysokiej gorączki.
- Usłyszeliśmy, że to sepsa. Bardzo nas to zaniepokoiło, więc zaczęliśmy domagać się, by wysłano nas do szpitala w Rzeszowie. Pani ordynator uznała, że nie jest to konieczne, gdyż wszystko jest pod kontrolą - relacjonuje matka.

Dziecku zaaplikowano antybiotyk. Rodzice czuwali przy nim bez przerwy.
– O czwartej w nocy położyłam się spać. Dyżur objął mąż. Gdy przyszła pielęgniarka, by wymienić woreczek na mocz mąż zobaczył w nim krew -
mówi pani Marzena.

Bo w śmigłowcu nie ma inkubatora
Dziecko zabrano na salę zabiegową. Od tej pory rodzice nie mieli z synkiem kontaktu.
– Prosiliśmy, by śmigłowcem przetransportować Wojtusia do Rzeszowa. Zaproponowaliśmy nawet, że sami zapłacimy za transport -
dodaje mama chłopczyka. - Usłyszeliśmy jednak, że w śmigłowcu nie ma inkubatora. Czekaliśmy, więc na karetkę z Krosna, która na wyposażeniu posiada inkubator i respirator.

Dziecko było w stanie śmierci klinicznej
Wojtuś trafił do Wojewódzkiego Szpitala nr 2 w Rzeszowie.
– Pojechaliśmy z mężem zaraz za karetką. W Rzeszowie dowiedzieliśmy się, że synek jest w stanie śmierci klinicznej. Dawano mu 1 procent szans na przeżycie –
jego mama wciąż nie może powstrzymać emocji.

Rzeszowscy lekarze nie ukrywali, że rozstrzygające będą trzy najbliższe doby. Po 3 dniach chłopczyk nadal żył. Odłączono go, więc od respiratora. Wynik  tomografii komputerowej był jednak bezlitosny: niedotlenienie mózgu  spowodowało nieodwracalne zmiany. Według rodziców, z dokumentacji medycznej wynika, że podczas reanimacji mogło dojść do popełnienia błędu. Zdecydowali się, więc zgłosić sprawę do prokuratury.

Prokuratura Rejonowa w Sanoku wszczęła postępowanie z art.  160 par. 1 KK, który mówi o narażeniu człowieka na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życia albo ciężkiego uszczerbku na zdrowiu. Postępowanie jest prowadzone w sprawie. Przesłuchano już  wszystkich lekarzy, którzy mieli do czynienia z dzieckiem oraz personel karetki. Prokuratura powoła teraz biegłego, który odpowie na pytanie, czy doszło do błędów w sztuce lekarskiej. Ze względu na duże obciążenie biegłych, opinii można spodziewać się dopiero pod koniec zimy.
Wiesław Kuzio, dyrektor SP ZOZ w Lesku sprawy doniesienia do prokuratury nie chce komentować. Czeka na wynik postępowania prokuratorskiego.

Iskrzy na linii rodzice – szpital
Wojtuś w rzeszowski szpitalu przebywał  do sierpnia br..  Obecnie rodzice dzielą czas między opieką nad dzieckiem w domu i szpitalu.
- Tydzień jesteśmy w domu, a dwa tygodnie w szpitalu. I tak na zmianę - wzdycha pani Marzena.

Z powodu dużej odległości do Rzeszowa w podbramkowych sytuacjach rodzice Wojtusia muszą korzystać wciąż z pomocy leskiego szpitala. Współpraca nie układa się najlepiej.
- Podczas ostatniego pobytu mąż powiedział personelowi kilka gorzkich słów. Zaczęto straszyć nas policją – nie ukrywa mama chłopczyka. - Ale jak mamy siedzieć cicho, gdy podawane są nieodpowiednie leki, lub gdy pielęgniarka bez rękawiczek pcha się do dziecka, czy każe się nam myć pod bieżącą wodą strzykawki, które służą do karmienia?

Państwo Giefertowie złożyli do dyrekcji SP ZOZ w Lesku skargę na ordynatora oddziału dziecięcego. Z kolei lekarze skarżą się do dyrektora, że rodzice dziecka  dyktują im, jakie leki mają podawać dziecku, a wzywając karetkę, domagają się, by bezpośrednio wiozła ich do szpitala w Rzeszowie.
- Jest mi niezmiernie przykro, że doszło do takiego nieszczęścia - podkreśla dyr. Wiesław Kuzio.
- Muszę jednak wyjaśnić, że to lekarz odpowiada za to, jakie leki są podawane, jak również lekarz na miejscu decyduje, czy potrzebna jest pomoc szpitala o wyższych referencjach. Nasi lekarze naprawdę postępują zgodnie z etyką lekarską, wiedzą i prawem.

|
Ergo Hestia

Napisz komentarz:

Jeśli chcesz, aby przy Twoim komentarzu pojawił się avatar, zarejestruj swój adres e-mail w gravatar.com.
"UWAGA! Komentarze niezgodne z regulaminem serwisu nie będą publikowane. Zachęcamy do kulturalnego wyrażania opinii na temat artykułów oraz unikania personalnych ataków słownych."