REKLAMA
REKLAMA

Projekt wodorowy – szansa dla Sanoka czy pobożne życzenia?

SANOK / PODKARPACIE. Transformacja energetyczna jest dziś i w najbliższej przyszłości będzie sprawą priorytetową. Świat zrozumiał, że najwyższy czas odejść od paliw kopalnych na rzecz energetyki odnawialnej (OZE) w postaci fotowoltaiki i farm wiatrowych. Celem jest osiągnięcie neutralności klimatycznej i zmniejszenie emisji CO2. Przypomniano sobie XIX wiek, kiedy to brytyjski fizyk Michael Faraday odkrył, że wodór można wykorzystać do wytworzenia energii elektrycznej. Już wtedy uczeni i wizjonerzy roztaczali prognozy, że wodór będzie „paliwem przyszłości”. Wtedy nawet nie przypuszczali, że wizja wodoru, jako nośnika energii, trafi „pod strzechy”, dokładnie do niewielkiego miasteczka na Podkarpaciu – Sanoka. Sanoczanie mają ambiwalentny stosunek do wodorowej transformacji. Jedni są dumni, że władze miasta mierzą tak daleko i tak wysoko, inni z uśmiechem słuchają tych opowieści, twierdząc, że jest to baśń z tysiąca i jednej nocy. Kto z nich jest bliżej prawdy?

W 2020 roku Komisja Europejska ogłosiła dwa dokumenty istotne dla tworzenia unijnej polityki energetycznej (Unijna Strategia Wodorowa), która jest spójna z założeniami Europejskiego Zielonego Ładu. W ślad za wytyczonymi przez KE kierunkami, pędząc za unijnym pieniądzem, kraje należące do Unii, w tym Polska, rzuciły się w wir projektów wodorowych. Konsekwencją tego było przyjęcie rządowego programu „Polska Strategia Wodorowa do 2030 roku”.

Polska planuje przeznaczyć w ramach KPO kwotę 800 mln. euro na badania i rozwój, a nie na realizację inwestycji wodorowych. Dla porównania, sanocki projekt ma kosztować 350 mln. euro (ok. 1.5 mld zł), a to jest budżet Sanoka na co najmniej pięć lat. Aby to jeszcze lepiej zobrazować; koszt budowy przekopu Mierzei Wiślanej wyniósł trochę ponad 2 mld zł, a nakłady na budowę małych reaktorów jądrowych 1,2 – 1,6 mln. euro. W tym samym czasie, dokładnie w 2023 roku w Niemczech, będących jednym z państw najbardziej rozwiniętych technologicznie, projekty wodorowe, publiczne i komercyjne, za którymi stały największe koncerny UE, zostały wyhamowane. Czyżby coś było nie tak z tym wodorem?

foto (5): poglądowe, archiwum eSanok.pl

Sanok energicznie, bez kompleksów

W tym momencie należy przybliżyć temat transformacji energetycznej Sanoka, która miałaby się dokonać za sprawą Spółki Wodorowej Hydra Sanok Sp. z o.o. Aby to zrozumieć, należy przywołać pojawienie się w Sanoku lobbysty, któremu udało się wpłynąć na burmistrza i jego otoczenie i przekonać, że proces transformacji powinien zmierzać w kierunku wodoru. Mając poparcie min. Małgorzaty Jarosińskiej-Jedynak, min. Ireneusza Zyski z rządu Prawa i Sprawiedliwości, a także prezesa spółki Hynfra Tomoho Umedy, burmistrz T. Matuszewski rozpoczął prace nad realizacją projektu. W tym samym czasie Urząd Marszałkowski woj. podkarpackiego, z marszałkiem Władysławem Ortylem na czele i Politechniką Rzeszowską stworzyli coś, co nazwali, na wzór istniejącej „Doliny Lotniczej”, „Doliną Wodorową”. O ile jednak ta pierwsza wywodzi się z pięknych i bogatych tradycji przemysłu lotniczego, o tyle „Dolina Wodorowa” powstała jako efekt politycznego zapotrzebowania względem ekspansji medialnej UE w kwestii strategii wodorowej.

Na przełomie 2021 i 2022 roku władze Sanoka, wraz z czołowymi politykami PiS ogłosiły, że w mieście tym powstanie pierwsza instalacja wodorowa. W zasadzie schemat jej jest prosty: produkujemy energię elektryczną z wykorzystaniem paneli fotowoltaicznych, skupionych na farmie o powierzchni 300 hektarów. Grunty pod instalacje fotowoltaiczne miasto zdeklarowało się przekazać na etapie tworzenia spółki. Idźmy dalej. Posiadając energię z farmy fotowoltaicznej, zasilamy nią elektrolizery, które w procesie elektrolizy wody wytwarzają wodór, który później może być wykorzystany jako źródło energii. I w tym momencie pojawiają się schody. Jak podaje dokument „Polska Strategia Wodorowa do 2030 roku”, do wytworzenia 1 kg wodoru trzeba zużyć 9 litrów wody (destylowanej) oraz zużyć ok. 50 kWh energii elektrycznej.

Wodór potrafi stwarzać spore problemy technologiczne

I tu rodzi się zasadnicze pytanie: czy Sanok jest w stanie zabezpieczyć taką ilość wody z posiadanych ujęć, bez zaburzenia gospodarki wodnej i poziomu wód gruntowych? Propozycja korzystania z ujęć Sanoka i Zagórza, budowa zbiorników retencyjnych, w celu pozyskania odpowiedniej jakości wody, wydaje się rozwiązaniem co najmniej ryzykownym. Od lat obserwujemy bowiem niestabilność w zakresie poziomu wód gruntowych, a okresowe susze są zjawiskiem coraz częstszym.

Nie sposób pominąć faktu, iż produkcja zielonego wodoru z energii elektrycznej pochodzącej z OZE w warunkach naszego położenia geograficznego charakteryzuje się nieregularnym charakterem pracy tej instalacji, co w konsekwencji przekłada się na niższą sprawność instalacji i wyższe koszty jednostkowe. Z myślą o rentowności, niezbędnym staje się optymalizacja pracy elektrolizera. Wiąże się to z potrzebą zapewnienia zasilania alternatywnego. Rozwiązaniem jest korzystanie z własnych magazynów energii, ale to z kolei wiąże się ze stratami, sięgającymi nawet 30 procent. Wszystko to staje się bardzo skomplikowane i szalenie kosztowne.

Patrząc na schemat instalacji, wygląda to pięknie, bo przewiduje on zarówno magazyn energii, ogniwa wodorowe, dzięki którym ponownie produkujemy prąd elektryczny, zapewnia też wykorzystanie produktów elektrolizy, takich jak tlen i ciepło. Ale i tu nie brakuje znaków zapytania.

Najbardziej efektywnym okresem pracy całego systemu będzie okres wiosenno-letni. W założeniu ciepło, zamiast je wypuszczać w powietrze, ma być magazynowane i stanowić źródło do wykorzystania w systemie ciepłowniczym miasta i technologicznym zakładów produkcyjnych. I co? Przetrzymamy je np. do okresu grzewczego? Firmy nie pochłoną w międzyczasie tego, co na daną chwilę nie jest wykorzystywane przez mieszkańców np. w systemie ciepłowniczym.

Ktoś powie: tlen sprzedamy do wykorzystania przemysłowego, a wodór będzie magazynowany w celu wykorzystania go w ogniwach wodorowych lub jako paliwo do tankowania pojazdów. Zgoda, pozostaje tylko jego transport poprzez instalacje, ale aktualny stan infrastruktury przesyłowej to wyklucza. Poza tym wodór ma 10-krotnie większą eksplozywność przy rozszczelnieniu rurociągu. Magazynowanie to niebezpieczeństwo dla okolicznych mieszkańców, a biorąc pod uwagę konflikt w Ukrainie, w przypadku trafienia zabłąkanej rakiety, skutek byłby katastrofalny dla całego Sanoka.

Pewnie projektodawcy mają też nadzieję w przyszłości na budowę kotłów zasilanych wodorem, które produkując ciepło, ogrzeją sanockie mieszkania. Niestety, jest to bardzo odległa przyszłość, ze względu na wiele ograniczeń i problemów.

Tak więc, gdy przyjrzymy się założeniom projektu, który na prezentacjach wygląda imponująco, to przekładając to na realia, bardzo nam daleko do jego wdrożenia, którego finalizacja miałaby nastąpić już w 2026 roku.

Może w takim razie zmienić projekt?

Czy zatem nie byłoby rozsądne okrojenie całego projektu? Spróbujmy zdroworozsądkowo przeanalizować te kierunki, pamiętając, że projekt ma zmniejszyć „ślad węglowy” Sanoka i docelowo uczynić miasto zeroemisyjnym.

Zacznijmy od wykorzystania wodoru w transporcie. Przy naszej „aglomeracji” jest to chyba jakaś pomyłka. W Sanoku mamy kilkadziesiąt autobusów i kilka tysięcy pojazdów osobowych. Wodór w transporcie indywidualnym odpada. Obecnie na rynku są dwa modele samochodów zasilanych wodorem, których koszt sięga 300 tys. złotych. W rzeczywistości są to pojazdy elektryczne, tyle, że silniki zasilane są prądem, który powstaje w ogniwach paliwowych zasilanych wodorem. Co do autobusów, można mieć podobne obawy. Koszt tych autobusów jest wyższy od pojazdów elektrycznych i wynosi ok. 3,5 mln. zł. Czy SPGK miałoby zezłomować obecny tabor i „znaleźć” 150 mln. zł. na „wodorowce”? Jeszcze niedawno tyle wynosił budżet Sanoka… W chwili obecnej ogólny udział taboru zeroemisyjnego w Polsce to ok. 36 procent, a prym w tym wiodą duże aglomeracje. Tam to ma jakiś sens. A u nas…

Wątpliwości, dylematy

Nie sposób nie zadać zasadniczego pytania: kto sfinansuje sanockie wodorowe przedsięwzięcie? Prezes firmy Hynfra Tomoho Umeda oświadczył swego czasu, że udało się zabezpieczyć finansowanie projektu przez inwestora prywatnego Adama Nawrockiego, założyciela firmy chemicznej ADOB, która jest największym producentem nawozów dolistnych w Polsce i wchodzi w skład międzynarodowego konglomeratu NOURYON. Według zapewnień T. Umedy, podpisana umowa inwestycyjna ma doprowadzić projekt do etapu gotowości do budowy, uzyskania decyzji środowiskowej i pozwolenia na budowę. Oczywiście, projekt może pozyskać środki z funduszy krajowych, europejskich, startupów, dotacji NCBiR.

Jeżeli przedsięwzięcie jest również związane z badaniami i rozwojem, jego realizacja polega na osiąganiu tzw. kamieni milowych, po ich osiągnięciu następuje rozliczenie i przejście do kolejnego etapu. Jeżeli cele nie zostają osiągnięte, może nastąpić zatrzymanie projektu. Co, jeśli w sanockim projekcie, z jakichś przyczyn to nastąpi?

Przypomnijmy, sanocki projekt ma kosztować 350 mln euro. Kwota przeraża. Rodzą się wątpliwości. Czy studium wykonalności, które daje gwarancję, że projekt ma realne szanse na uruchomienie i pozyskanie finansowania ze środków krajowych i unijnych, zostało opracowane należycie? Zakres inwestycji i dojście do wyznaczonego celu, jakim jest wdrożenie gospodarki zeroemisyjnej, będzie ogromnie trudne, o ile nie niewykonalne w bliskiej przyszłości i panujących realiach. Można się obawiać, że uruchomiony projekt w jakiś sposób ruszy, pozyskane nań środki zostaną skonsumowane, a efekt będzie daleki od założonych celów. Co wtedy?

Zamiast zakończenia

Decydując się na podzielenie tymi wątpliwościami z Czytelnikami, jesteśmy wyrazicielami tylko własnych opinii oraz znaków zapytania postawionych przez innych. Mamy świadomość, że od dekarbonizacji nie ma odwrotu, ale czy w naszym przypadku ma to wyglądać w ten sposób? Czy na pewno wybraliśmy słuszne rozwiązanie? Duże miasta, jeżeli są zainteresowane wcieleniem w życie wykorzystania wodoru, skupiają się przede wszystkim na potrzebach transportu miejskiego. Mniejsze ośrodki też mają na uwadze transport miejski, ale w dalszej perspektywie tworzą koncepcje dekarbonizacji ciepłownictwa. Tam jednak nadal wszystko pozostaje na etapie know-how, potem w kolejnych etapach będzie to tworzenie technologii i szukanie źródeł finansowania. Nie możemy jednak nie dostrzegać, że kiedy u nas usilnie myślimy o wykorzystaniu wodoru w systemach ciepłowniczych, w Europie zachodniej mówi się już coś innego, dostrzegając alternatywę w bardziej wydajnych i tańszych pompach ciepła. Czyli początkowy schemat pozyskania energii z OZE pozostaje bez zmian, natomiast dalsza część ma polegać na innych rozwiązaniach. Tam już do tego doszli…

A u nas? Niedawno powołana została do życia Koalicja dla Wodoru, którą tworzą: Podkarpackie Centrum Innowacji, spółka Hydro Sanok oraz Instytut Polityki Energetycznej im. Ignacego Łukasiewicza. Jej celem jest wsparcie działań ukierunkowanych na rozwój technologii wodorowej w województwie podkarpackim. Czy to wystarczy?

Opracowali:

Adam Jadczyszyn i Paweł Hydzik

źródło: materiały nadesłane

29-03-2024

Udostępnij ten artykuł znajomym:

Udostępnij


Napisz komentarz przez Facebook

lub zaloguj się aby dodać komentarz


Komentarze wyróżnione:
(zarejestrowanych czytelników)

Opracowali :2024-03-29 20:58:56
0 0
Adam Jadczyszyn i Paweł Hydzik
Odpowiedz
Zamiast korzystać z ekologicznej technologii podziemnego zgazowania węgla2024-03-29 21:03:08
3 0
Miliardy z naszych podatków marynujemy i wkładamy do kieszeni korporacją z Niemiec czy USA. Tak płacimy haracz zagranicznym właścicielom Polski i Polaków
Odpowiedz
Zielony ład2024-03-29 21:10:17
2 0
To jest element zielonego ekoterroryzmu, przyczynku upadku całej gospodarki. Czyste oszołomstwo nie uzasadnione dowodami naukowymi i ekonomicznymi. Swoje poddaństwo WHOwcom obecny burmistrz zakomunikował bawiąc się wyłączaniem lamp ulicznych w Sanoku. Nie mam pewności czy on wie co to jest holzgaz i węgiel ale na pewno nie wie co to jest dolina wodorowa i nieopłacalność wodoru. Strzelił sobie w stopę i dobrze. Żegnam życząc miłego spadania ze stołka.
Odpowiedz
JD2024-03-30 06:51:21
0 0
j.domaradzki2024-03-30 06:50:22
1 0
dobre przemyslenia zgadzam sie z tym,,a moje zdanie krotkie.spółka podziała kazdy wezmie kase za prace bo jest na takim lub innym stanowisku a potem to wszystko pojdzie w kosz powod? nieopłacalnosc inwestycji lub brak kasy ..tyle tylko ze kilka osob bedzie miec chwile fajne pensje i stanowiska .. byc moze zycie pokaze inny scenariusz ale takie perspektywy 2026 to jakas mrzonka--mostek naprawiamy i drozki miesiacami co ludzie prosza----a tu inwestycja hop siup juz jest ---cud
Odpowiedz
dyrektor thunbergowej energii2024-03-30 09:18:16
0 0
Według wcześniejszych szacunków FAO, zwierzęta te dziennie produkować mogą nawet 280-400 litrów metanu, co rocznie może dać wartości rzędu 120-150 kg. Eksperci wyliczyli, że przeżuwacze, zarówno zwierzęta domowe jak i dziko żyjące, produkują ponad 80 mln ton metanu rocznie. Gdyby podłączyć urzędnicze stołki do systemu można by zwiększyć produkcję metanu i wykorzystać np. do zasilania latarni ulicznych.
Pokaż więcej komentarzy (0)
Pokaż więcej komentarzy (0)