17 wrzesień „Sowieci wkroczyli…”

Agresja Moskwy na Polskę – bez wypowiedzenia wojny i z pogwałceniem międzynarodowych umów – była usankcjonowaniem podpisanego w sierpniu 1939 roku na Kremlu przez ministra spraw zagranicznych Niemiec Joachima von Ribbentropa i komisarza spraw zagranicznych ZSRR Wiaczesława Mołotowa niemiecko-sowieckiego paktu o nieagresji. Na mocy podpisanych ustaleń oba państwa dzieliły się zdobycznymi terytoriami, co dla Polski oznaczało faktycznie IV rozbiór.

„Dziś o godzinie szóstej rano armia sowiecka przekroczy granicę Polski na całej linii od Połocka do Kamieńca Podolskiego” – zapewnił Józef Stalin niemieckiego ambasadora w Moskwie nocą z 16 na 17 września 1939 roku. Natychmiast po spotkaniu na Kreml został wezwany ambasador Rzeczypospolitej.

Była trzecia w nocy, gdy Wacławowi Grzybowskiemu wręczono notę:
„Warszawa jako stolica Polski już nie istnieje (…). Państwo polskie i jego rząd praktycznie przestały istnieć…”. Grzybowski zdecydowanie odmówił przyjęcia noty, odpowiadając, że „suwerenność państwa istnieje, dopóki żołnierze armii regularnej się biją”.

Stalin pije zdrowie Hitlera
Pomiędzy Berlinem a Moskwą istniały różnice w podejściu do dalszych losów Polski. Niemcy byli skłonni do utworzenia niewielkiego, marionetkowego i kadłubowego państwa polskiego. Sowieci chcieli całkowitej likwidacji II Rzeczypospolitej i podzielenia się jej ziemiami wcielonymi w granice obu zaborców.

W czasie bankietu na Kremlu w nocy z 23 na 24 sierpnia 1939 roku po zakończeniu niemiecko-sowieckich rozmów Stalin wzniósł toast:
„Wiem, jak bardzo naród niemiecki kocha swego Führera; dlatego pragnąłbym wypić za jego zdrowie”.

Tuż przed odlotem do Berlina von Ribbentrop powiedział:
„Niemcom i Rosji powodziło się dawniej zawsze źle, gdy żyły ze sobą w nieprzyjaźni, a dobrze, gdy łączyła ich przyjaźń. Wczorajszy dzień był epokowy dla obu narodów. Führer i Stalin opowiedzieli się za przyjaźnią”. Tej prawdy dowodzą relacje między Moskwą i Berlinem już od kilku wieków, a dzisiaj jesteśmy świadkami jej odrodzenia.
Dla Polski ta przyjaźń oznaczała zawsze koniec niepodległości. Tak było też w 1939 roku. W Moskwie w kolejnym sowiecko-niemieckim traktacie znalazł się zapis, iż: „obie strony nie będą tolerowały na swych terytoriach jakiejkolwiek agitacji polskiej, która by dotyczyła terytoriów drugiej strony. Będą one tłumić na swych terytoriach wszelkie zaczątki takiej agitacji oraz informować się wzajemnie o zastosowaniu w tym celu odpowiednich środków”. Jesienią 1939 roku wschodnie ziemie „byłej Polski” zostały „na wieczne czasy” włączone do Związku Sowieckiego. Wszystkim obywatelom mieszkającym na tych terenach nadano przymusowo sowieckie obywatelstwo. Odmawiający jego przyjęcia trafili do łagrów. Sowiecki minister spraw zagranicznych Wiaczesław Mołotow oświadczył wtedy: „Wystarczyło jedno mocne uderzenie na Polskę najpierw ze strony armii niemieckiej, a potem zaś ze strony Armii Czerwonej, aby nic nie pozostało z Polski, tego pokracznego bękarta traktatu wersalskiego”…

„Bijemy się uporczywie”
Tymczasem już o świcie 17 września do polskiego dowództwa zaczęły napływać niepokojące depesze znad wschodniej granicy: „Od godz. 3 w rejonie Podwłoczyska, Husiatyn, Załucze, jakieś oddziały nierozpoznane z powodu ciemności usiłują przekroczyć granicę; walka z oddziałami KOP (Korpusu Obrony Pogranicza) trwa” – meldował mjr Bieńkowski. „O godz. 4.20 rozpoznano w rej. Podwłoczyska oddziały sowieckie” – donosił nieco później kpt. Fryzendorf. Pułkownik Marceli Kotarba nadawał o szóstej rano: „Oddziały armii sowieckiej przekroczyły granicę polską. Przewaga bardzo duża na wszystkich kierunkach. Bijemy się uporczywie…”.
Taka postawa nie zyskała jednak wsparcia nie tylko władz Rzeczypospolitej, ale także – co szczególnie bolesne – Naczelnego Wodza Edwarda Rydza-Śmigłego, który wydał kapitulancką dyrektywę: „z Sowietami nie walczyć”. Jeszcze przed jej rozpowszechnieniem wśród części oficerów nie były rzadkie wypowiedzi wpisujące się w jej ducha, co prof. Jerzy Łojek tłumaczył „już nie prowokacją, lecz nawet sowiecką infiltracją niektórych ogniw polskiego dowództwa”. Jest zdumiewające, iż bez względu na epokę Rosja zawsze mogła liczyć w wolnym świecie nie tylko na swą agenturę, ale jakże licznych „poputczików” czy pożytecznych idiotów. Tak było w XVIII i XX wieku. Nie brakuje ich też dzisiaj. Jedni podpisują gazowe kontrakty, inni budują bolszewikom pomniki. Jutro być może zechcą je postawić także agresorom z 17 września 1939 roku.

Honor Polski uratowały tysiące żołnierzy i oficerów Korpusu Obrony Pogranicza, Wojska Polskiego, wspieranych często przez ochotników, harcerzy, którzy pozostawili wiele przykładów bohaterstwa. To oni stawili opór blisko pół milionowi żołnierzy sowieckich (do końca września ich liczba wzrosła do 1,5 miliona).

W pierwszych godzinach bronili się żołnierze Korpusu Obrony Pogranicza. Pod Grodnem sowiecki marsz powstrzymali kawalerzyści 110. rezerwowego pułku ułanów, w którym walczył mjr Henryk Dobrzański, późniejszy „Hubal”, oraz ułani rotmistrza Ryszarda Wiszowatego. Przez trzy dni broniło się Grodno, gdzie żołnierzy wspierali miejscowi uczniowie i harcerze, butelkami z benzyną podpalając sowieckie czołgi. Wśród poległych był 13-letni Tadeusz Jasiński, symbolizujący najmłodszych obrońców miasta. Pojmany i skatowany przez Sowietów został przywiązany do wieżyczki czołgu atakującego polskie pozycje i zginął od kul. Gdy Naczelny Wódz gen. Władysław Sikorski spotkał się z grupą obrońców Grodna, powiedział: „Jesteście nowymi Orlętami. Postaram się, żeby wasze miasto otrzymało Virtuti Militari i tytuł Zawsze Wiernego”… Pod Kodziowcami nad Czarną Hańczą 101. pułk rezerwowy ułanów powstrzymał nacierające oddziały pancerne. Zniszczono 22 czołgi, umożliwiając wycofanie się pozostałym jednostkom.
„Mając już doświadczenie z walk grodzieńskich o skuteczności zwalczania czołgów butelkami z benzyną, zaopatrzyłem swój szwadron w odpowiedni zapas tej prymitywnej broni. Nieprzyjaciel ponawiał swoje uderzenie 11 lub 12 razy, lecz za każdym razem musiał się cofnąć, pozostawiając na przedpolu płonące czołgi” – wspominał rotmistrz Narcyz Łopianowski, kawaler Krzyża Walecznych i Virtuti Militari, któremu udało się przeżyć sowiecką niewolę. Po przedostaniu się do Wielkiej Brytanii został cichociemnym. Zrzucony do Polski walczył w Powstaniu Warszawskim jako dowódca odcinka „Sarna” w Śródmieściu. Przez kilkanaście dni walczył z Sowietami gen. Wilhelm Orlik-Rückemann dowodzący wojskami KOP na Polesiu i Wołyniu. Stoczył z nimi kilkadziesiąt potyczek, bitwy pod Wytycznem i Szackiem. Na południu bili się kawalerzyści płk. Władysława Andersa, który ranny trafił do sowieckiej niewoli. Brześć był oblegany przez obu najeźdźców, ostrzeliwała go artyleria niemiecka i sowiecka. W tym mieście 28 września 1939 roku odbyła się słynna wspólna defilada zwycięzców przyjmowana przez gen. Heinza Guderiana i sowieckiego dowódcę brygady Siemiona Kriwoszeina. Żołnierze płk. Tadeusza Kaliny-Zieleniewskiego bohatersko bili się pod Krzemieniem i Momotami. Dowódca Grupy Operacyjnej „Polesie” gen. Franciszek Kleeberg walczył z czerwonoarmistami pod Jabłonią, Parczewem i Milanowem. Jego żołnierze ostatni bój z Sowietami stoczyli 4 października 1939 roku, w przeddzień swej kapitulacji przed Niemcami.

„Małe Katynie”
Od pierwszych godzin sowieckiej okupacji towarzyszyły egzekucje wziętych do niewoli żołnierzy Wojska Polskiego i Korpusu Obrony Pogranicza oraz ludności cywilnej. Taki los czekał Polaków zbrojnie przeciwstawiających się najazdowi ze wschodu. Wspomnieć można wymordowanie żołnierzy, rannych i personelu szpitala wojskowego w Grabowcu. To o tej zbrodni śp. prof. Wiktor Zin pisał: „Trzeba pamiętać, że my, mieszkańcy Zamojszczyzny, mamy także swój „Mały Katyń””. Na liście miejsc pacyfikacji i mordów są m.in. Tarnopol, Nowogródek, Grodno, Oszmiana, Sarny, Złoczów, Wołkowysk, Mołodeczno… Dramatyczne wydarzenia rozegrały się w Górze Koliszówce koło Sopoćkiń. „Jechaliśmy może pięć minut, gdy zamajaczyły przed nami dwa czołgi sowieckie. Posypały się strzały karabinowe z tyłu i z przodu. Odwrotu nie było… obskoczyli nas żołnierze sowieccy… dwaj komisarze zaczęli nas rewidować” – wspominała Alfreda Wilczyńska, zamknięta przez Sowietów w stodole, gdy jej męża gen. Józefa Olszynę-Wilczyńskiego (żołnierza I Brygady Legionów i wojny polsko-bolszewickiej w 1920 r.) wraz z jego adiutantem kpt. art. Mieczysławem Strzemskim odprowadzono na bok. Po chwili usłyszała strzały z broni maszynowej i Sowieci odjechali, pozostawiając zwłoki zamordowanych Polaków. Zabito ich z pogwałceniem wszelkich międzynarodowych umów, ale takie mordy na jeńcach po 17 września 1939 roku nie były czymś wyjątkowym, a ich zwieńczeniem był Katyń, Twer, Charków…
Pod sowiecką okupacją znalazła się ponad połowa terytorium ziem Rzeczypospolitej i 13,5 mln jej obywateli. Okupant rozpoczął systematyczną eksterminację ludności polskiej, a szczególnie niepodległościowych elit aresztowanych, mordowanych i wywożonych na „nieludzką ziemię”. Najtragiczniejszy był jednak fakt, iż Zachód pozostał obojętny wobec agresji Moskwy i zajęcia połowy terytorium państwa polskiego przez ówczesnego „najlepszego sojusznika Hitlera”. Więcej, usankcjonowały to w następnych latach decyzje mocarstw, których zwieńczeniem były jałtańskie postanowienia uznające sowieckie zdobycze po 17 września 1939 roku. Po raz kolejny odebraliśmy lekcję, iż w najdramatyczniejszych momentach wolny świat pozostawia nas samych za cenę „niepogarszania swych stosunków z Rosją”.

Autor jest pracownikiem Oddziałowego Biura Edukacji Publicznej IPN w Krakowie.

Źródło: www.naszdziennik.pl

|
Ergo Hestia

Napisz komentarz:

Jeśli chcesz, aby przy Twoim komentarzu pojawił się avatar, zarejestruj swój adres e-mail w gravatar.com.
"UWAGA! Komentarze niezgodne z regulaminem serwisu nie będą publikowane. Zachęcamy do kulturalnego wyrażania opinii na temat artykułów oraz unikania personalnych ataków słownych."